Wojna zmusiła go do ucieczki z kraju. Ale zapamiętał jej odgłosy: strzały, wybuchy i płacz. Leon Szpilman, kuzyn sławnego pianisty, zapisał dźwięki wojny. Przez przeszło 50 lat krył je razem ze swoimi wspomnieniami. Zakurzone dzieło ujawnił kilka lat przed śmiercią. Dziś wrócił do rodzinnego Ostrowca Świętokrzyskiego. Jako honorowy obywatel miasta.

Historia Leo Szpilmana rozpoczęła się u zbiegu ulic Kilińskiego i Alei 3 Maja. W domu, którego już nie ma. Grał na pianinie od czwartego roku życia. W wieku 9 lat już akompaniował do niemych filmów.

Potem przyszła wojna. Nawet w gettcie pozostał wierny swojej pasji i to muzyka uratowała mu życie. Przez 18 miesięcy z żoną ukrywał się w tym domu. Schronienie dał mu 21–letni student, Henryk Wroński. Siedząc często po ciemku, w piwnicy nigdy nie rozstawał się z papierem i ołówkiem. Dzienniki Leona Szpilmana rodzina znalazła dopiero po jego śmierci. To 200 stron trwogi, strachu i napięcia.

Wtedy też przysiągł opisać wszystko co widział i słyszał. Tak powstała Rapsodia 1939–45. Muzyczny zapis dźwięków wojny, holokaustu i cierpienia. Uciekł do Kanady. Rapsodię schował, chciał o niej zapomnieć. Dopiero po 50 latach wnukowie namówili aby opowiedział im swoją historię.

– Ta rapsodia miała mu pomóc zagoić rany, oczyścić się z tamtych wydarzeń – mówi Robbie Shifman.– Muzyka dodała mu sił, uodporniła. Kanadyjska premiera utworu odbyła się półtora miesiąca przed jego śmiercią. Miał 99 lat.

Od dziś Leon Szpilman będzie należał do grona honorowych obywateli Ostrowca. Zawsze chciał tu wrócić. Dziś był obecny.....