400 tysięcy złotych - tyle kosztowało referendum w sprawie odwołania prezydenta Kielc. Jeśli do głosowania doszło w wyniku sfałszowania podpisów, władze miasta będą domagać się od winnych zwrotu pieniędzy.

Chociaż od referendum minęło już blisko półtora roku to prokuratorskie śledztwo w sprawie podejrzeń o fałszowanie dokumentacji ciągle trwa. Wątpliwości budzi niemal tysiąc podpisów za zorganizowaniem głosowania. Konieczna jest opinia biegłych, a na jej sporządzenie potrzeba czasu. W efekcie postępowanie czasowo zawieszono. - Do momentu zawieszenia postępowania wykonano wszystkie niezbędne czynności dowodowe. Przede wszystkim przesłuchano świadków. Obecnie oczekujemy na przystąpienie przez biegłych do sporządzenia opinii – wyjaśnia Daniel Prokopowicz, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Kielcach.

 Zawiadomienia w sprawie możliwości fałszowania podpisów pod wnioskiem o referendum złożyli przewodniczący Rady Miasta Dariusz Kozak i radny Witold Borowiec. - Wiem, że to są sprawy pracochłonne, wymagające wielu ekspertyz. To jest materiał dosyć bogaty, bo to ponad tysiąc podpisów, no ale - cierpliwości nam nie zabraknie – zapowiada Witold Borowiec.

Prokuratura nie wyklucza, że na opinię biegłych trzeba będzie czekać nawet do końca roku. Jednak upływ czasu nie zmieni naszego postanowienia – zapewnia Witold Borowiec. - Będziemy pewnie żądać, jak już się to potwierdzi, zwrotu kosztów referendum, a to jest kwota około 400 tysięcy – mówi radny Borowiec.

Dlaczego ekspertyzy grafologiczne trwają tak długo, jak się je przeprowadza – zobacz w materiale przygotowanym przez Karolinę Ziewiecką.