Najpierw spał w oborze. Teraz mieszka w przyczepie kempingowej. Henryk Łoda ze Stryczowic koło Waśniowa w pożarze stracił dorobek życia. Pogorzeliska nie opuszcza, bo nie chce zostawić zwierząt. Głośno o nadziejach na odbudowę domu wciąż nie jest w stanie mówić. Ale liczy, że ludzie dobrej woli przekażą mu paszę dla krów, byków i kur.

Pożar wybuchł nad ranem. Henryk Łoda został tak, jak stał, w jednym ubraniu. Z domu została jedynie podmurówka. – No, cóż zrobić, życie jest życiem i trzeba iść do przodu i już. Tragedia tragedią, chodzi mi najbardziej o zwierzęta, bo co w pola je puszczę? – pyta pan Henryk.

Od dnia pożaru nie opuścił ich ani na chwilę. Najpierw spał z nimi w oborze, na słomie. Tak było przez tydzień, w tym czasie jedna z krów się ocieliła. Teraz całe dni upływają mu na zajmowaniu się gospodarstwem.
Przed pożarem pan Henryk mieszkał w gospodarstwie z żoną. Teraz ona jest w szpitalu, gdzie czeka na operację. – Nie chce tu przyjeżdżać, bo jej się coś robi, serce się jej kraje – opowiada pan Henryk.

Jemu i jego rodzinie świat na nowo próbują poskładać ludzie dobrej woli. Organizacją pomocy zajął się ostrowiecki oddział Polskiego Czerwonego Krzyża. – Mieszkańcy Ostrowca już nieraz pokazali, że w takich sytuacjach potrafią się zebrać w sobie i pomóc. Mam nadzieję, że tym razem również udowodnimy, że w takiej sytuacji potrafimy cząstkę siebie przekazać – apeluje Beata Barska Jagiełło, z ostrowieckiego PCK.

Pogorzelcy potrzebują dosłownie wszystkiego: ubrań, butów, środków czystości… No i potrzebna jest tez pasza dla zwierząt. Co najmniej tona, bo panu Henrykowi zostały ostatnie worki.

Zobacz materiał filmowy przygotowany przez Monikę Gałązkę.